KILKA POWODÓW, DLA KTÓRYCH ZACZĘŁAM DZIAŁAĆ
Marzenia. Zawsze je snułam, gapiąc się nieustannie w sufit i wyobrażając sobie moje życie w tej 'lepszej wersji', zamiast zacząć cokolwiek spełniać. Rozmyślałam co by było gdyby, wierząc, że żeby zrealizować jakiekolwiek musi zdarzyć się jakiś fenomen. Obojętnie co - dżin wyskakujący z magicznej butelki, złota rybka spełniająca trzy życzenia czy wygrana w totolotka. Odsuwałam na bok myśli, że jest coś, co faktycznie mi się należy, bo po prostu na to zasługuję. Świetny samochód, wakacje w wymarzonej cześć świata? Będąc w tym miejscu, w którym wtedy byłam, próbowałam tłumaczyć sobie, że istnieją ludzie, którym po prostu dano taką, a nie inną szansę, której ja nie mam. Że jest jakiś wymiar, do którego ja nie mam wstępu. Byłam też utwierdzona w przekonaniu, że nie posiadam żadnych możliwości, kiedy w pewnym momencie zrozumiałam, że jednak nimi dysponuję. Zawsze jest szansa na to, bym mogła osiągnąć aspiracje - grunt tkwi w tym czy mam pomysł na siebie, a przede wszystkim czy znam swoje dobre strony (a znam!).
Jednak w pewnym momencie doszłam do wniosku - po jaką cholerę mi to całe bujanie w obłokach, skoro doskonale wiem, że i tak nic nie zmienię? Jaki jest sens w marzeniach i w utwierdzaniu już wcześniej powielanych schematów? Zaczęłam więc stawiać sobie cele.
Osobiście mi nauczenie się tej sztuki zajęło... jedną noc. W jedną noc zmiana z pasywnej marzycielki w twórcę. Niejednokrotnie dostałam "zaszczyt" poznania tego, czym tak naprawdę jest osiągniecie ostatecznego dna. Oszukiwałam swoich znajomych, a jeszcze bardziej siebie. Zawsze twierdziłam, że robię dużo i próbowałam sobie wmówić, że do wszystkiego dochodzi się małymi krokami. No, coś w tym jest. Tylko, że ja zawsze próbowałam. Potem już nie robiłam nic albo moje działania były na tyle znikome, że nic dziwnego, że stałam cały czas w miejscu.
I w końcu przyszła taka chwila, w której nastąpił przełom. Po prostu. Bo wiesz, są dwa kategorie ludzi. Ci, którzy dużo gadają i ci, którzy dużo robią. Ja zaliczałam się do tej pierwszej.
W końcu zamknęłam japę i zaczęłam działać. A wiesz dlaczego?
Przy osiągnięciu celu zawsze odczuwam satysfakcję, bo dążąc do niego trafiam na przeszkody, którym muszę podołać. Wpływa to na budowanie mojej wartości, wiedząc ile jestem w stanie zrobić, by spełnić swoje zamierzenia. Zaczyna brakować miejsca na takie wywody jak: 'nie dam rady', 'to nie jest dla mnie', 'wydaje mi się', które wypierane są na: 'dam radę', 'zasługuję na to', 'wiem'. Twierdzenie, że nie zdołam pokonać własnych lęków (co zresztą jest jak dla mnie przereklamowane) to głupota. Sama w pewnym momencie zobaczyłam, ile ludzi wokół chce wspierać mnie w moich działaniach. Ci, którzy trzymają się blisko rzeczywistości zawsze będą umieć przyznać się do porażek, a nawet poproszą cię, byś podzielił się własnymi doświadczeniami i tym samym wzbogacił w ich własną. Nie ma miejsca na coś takiego jak oszukiwanie siebie, jedynym profitem jest kurczowe trzymanie się reali. Nie ma ludzi idealnych i na pewno nie raz i nie dwa każdy zdał się na jakąś niekompetencję.
Dzięki celom i dążeniu do nich jestem świadoma, na ile mnie stać. Nie dam rady się złamać już po pierwszej ryzykownej i kryzysowej sytuacji, bo mam świadomość, że nawet z najgorszych okoliczności uda mi się wyjść. Mam coraz większe zaufanie do siebie, śmiało krocząc do przodu. Zachowuję fason, mimo, że nawet stan i warunki, w których teraz jestem wydają się być tymi najgorszymi.
Pracuję nad sobą skupiając się na błędach, które zbyt często popełniam. Pieprzę perfekcjonizm. Jest pewna zasada: żeby zdobyć kompetencję w danej dziedzinie, trzeba zacząć działać. Metodą prób i błędów. To jest jak z jazdą rowerem. Musisz nauczyć się utrzymać równowagę, żeby się nie wywrócić. Pozdzierać łokcie i kolana. Czasem jest pod górkę, ale bardzo chcesz. Więc po prostu to ćwiczysz.
Zdałam sobie sprawę, że doba jest jednak zbyt krótka. Dotarło do mnie, ile czasu musiałam zmarnować na swoje głupie gadanie i odkładanie wszystkiego na jutro. Na rozmyślanie nad tym, czy jednak uda mi się czy nie, tracąc szansę na naprawdę coś wyjątkowego. Dlatego zamiast tego obróciłam wszystko w motywator. By już niczego nie tracić.
Odsunęłam się od toksycznych ludzi. Do diabła z nimi. Ciężko jest otaczać się tymi wokół, którzy umieją jedynie narzekać zamiast spróbować dostrzec pozytywne aspekty. Chcesz ruszyć do przodu, ale nie dajesz rady, kiedy przy każdej rozmowie o swoich zamysłach i postanowieniach słyszysz tą samą gadkę: "pojebało Cię?"
Po prostu działam. Mimo, że nie wiem jaki wynik tych moich działań może być. Mam świadomość, że czasem może coś pójść nie po mojej myśli, ale nagradzam siebie za działania i szczere chęci. Cieszę się, bo zrobiłam wszystko co w mojej mocy, rozwinęłam się. Nie płaczę nad niczym, bo jeśli znów trafię na taką 'pułapkę' będą wiedzieć jak jej uniknąć i jak doprowadzić, by osiągnąć moje intencje.
Odkryłam piękną zależność. Gdy nie robię nic, nie chce mi się nic robić. A gdy robię i mi to wychodzi, przy czym osiągam sukcesy - chce mi się zapierdalać jeszcze bardziej. Kiedyś całymi dniami potrafiłam leżeć w łóżku i nic dziwnego, że nawet na chwilę nie chciało mi się wyjść z domu. Natomiast gdy już od rana działam, rozpiera mnie energia i mam ochotę na jeszcze więcej. Wszystko zaczynam postrzegać jako znacznie prostsze i wiem, że to jest właśnie dla mnie. Zajebiste, co?
Już rozumiesz? Przekaz chyba całkiem prosty.




























